W jednej z bliskowschodnich placówek firmy w której pracuję

W jednej z bliskowschodnich placówek firmy w której pracuję pojawił się dość poważny problem i musiałem natychmiast udać się tam. O godzinie 14:30 dowiedziałem się, że o 15:30 muszę już być na lotnisku. Pojechałem więc natychmiast do domu, złapałem pierwszy z brzegu plecak, wrzuciłem do niego jakieś ciuchy, złapałem torbę z laptopem i pognałem na lotnisko. Na szczęście zdążyłem i w samolocie mogłem spokojnie zająć się planowaniem rozwiązania problemu. Gdy wylądowałem i przechodziłem przez kontrolę zostałem zatrzymany. Myślałem, że być może pojawiły się jakieś problemy z moją wizą. Nie dowiedziałem się jednak nic więcej bo obsługa lotniska nie chciała mi powiedzieć żadnych szczegółów, a potem przez pół godziny byłem zamknięty w jakimś pokoiku pilnowanym przez ochroniarza nie znającego ani słowa po angielsku. Pojawiła się policja i zostałem zabrany na komisariat. Na miejscu również nikt nie znał angielskiego ale na szczęście kilku "znało"odrobinę rosyjski. Dowiedziałem się, że w moim plecaku były minimalne ilości narkotyków. Nie bardzo wiedzieli co ze mną zrobić bo znaleźli na prawdę bardzo małą ilość. Spędziłem więc kilka dni w areszcie. Na szczęście ambasador wyciągnął mnie w jakiś sposób z aresztu, a firma w której pracuję zapewniła mi powrót do kraju. Gdy dotarłem do Polski okazało się, że mój 16-letni syn od kilku miesięcy ćpa, stąd narkotyki pojawiły się w plecaku.
