Wraz z małżonka udaliśmy się do sklepu z telefonami

Wraz z małżonka udaliśmy się do sklepu z telefonami. Sklep umiejscowiony był w budynku przychodni. Okazało się jednak, że sklep był nieczynny, bo była sobota. Naraz do przychodni zaczęła się dobijać babeczka z kilkuletnią dziewczynką. Dziecko miało rękę owiniętą w pokrwawiony ręcznik. Okazało się, że mamuśka przyjechała z dzieckiem do koleżanki. Dziecko bawiło się z rówieśnicą i nieszczęśliwie wybiły szkło w drzwiach, które dotkliwie pokaleczyło dziecku rękę. Ponieważ przychodnia była również nieczynna, zaoferowałem się podwieźć je do szpitala. Najbliżej miałem do szpitala na ul. Płockiej. Zaprowadziłem je do izby przyjęć, a sam usiadłem na ławce w korytarzu, bo nie wiedziałem czy je przyjmą. Nagle z izby przyjęć wyszła dobrze zbudowana pielęgniarka i zaczęła mnie rugać, że się bawi i plotkuje ze znajomymi i nie pilnuje dzieci, czego efekty widać. Wysłuchałem spokojnie całego wykładu i tyrady i wreszcie dopuszczony do głosu stwierdziłem, że jestem przypadkowym kierowcą, który wyświadczył uprzejmość poszkodowanej. Mina pielęgniarki, która mnie długo przepraszała wyrażała całkowita wpadka.
